Kradzież. Zwykła codzienność

Kradzież (furtum) była w prawie rzymskim jednym z deliktów. W prawie klasycznym definiowano ją jako „nieuczciwe pochwycenie rzeczy w celu osiągnięcia zysku, albo jej używania, albo posiadania”. Okradzionemu przysługiwała actio furti. Wyróżniano kradzież jawną (furtum manifestum), przy której zasądzenie opiewało na poczwórną wartość rzeczy, oraz niejawną (furtum nec manifestum) z zasądzeniem na podwójną wartość rzeczy. Zasądzenie miało też dodatkowy niekorzystny skutek w postaci infamii, czyli utraty czci obywatelskiej. 

W postępowaniu formułkowym powód wzywał pozwanego przed pretora, który mógł – po wysłuchaniu informacji stron o stanie faktycznym – przyznać powództwo i sporządzić formułkę procesową, w której wyznaczał sędziego prywatnego. To właśnie sędzia (iudex) miał za zadanie ocenić zasadność roszczenia powoda i zasądzić bądź uwolnić pozwanego. W postępowaniu przed sędzią podstawą były zatem dowody. 

Marcjalis, Epigramaty 6,19 (przeł. S. Kołodziejczyk): 

Nie o morderstwo ani o gwałt żaden, 

Lecz o trzy kozy mam proces z sąsiadem. 

Ukradł je, mówię, bo jak kamień w wodę 

Znikły. Więc sędzia pyta o dowody. 

A ty nas bitwą pod Kannami raczysz, 

Wspominasz wściekłość punickich krętaczy, 

Wyciągasz z grobu Sulle i Mariuszów, 

Mitrydatesa i sławnych Mucjuszów, 

Grzmisz i przybierasz bohaterskie pozy. 

Ależ, Postumie, pamiętaj – trzy kozy!

 

Opisany przez Marcjalisa proces to właśnie prywatne postępowanie w fazie apud iudicem (przed sędzią). Poeta jako powód jest przekonany, że sąsiad ukradł mu trzy kozy. Ale żeby wygrać proces, trzeba przedstawić dowody. W takim przypadku najlepsze byłyby zeznania świadków.  

W sądzie stronę reprezentować mógł mówca sądowy, który nie był wprawdzie prawnikiem, ale miał odpowiednia wiedzę i opanował sztukę wymowy. Zachowane mowy procesowe Cycerona pozwalają prześledzić tok różnych procesów, w czasie których mówca musiał się wykazać nie lada kunsztem oratorskim. Często przy tym odbiegał  od głównego przedmiotu procesu, omawiając sposób życia strony i mnóstwo dodatkowych tematów. Miało to rację bytu w głośnym procesie karnym, pod warunkiem jednak, że było dozowane z wyczuciem. 

A Postumus? Najwyraźniej uprawiał sztukę dla sztuki, co w procesie o trzy kozy musiało wyglądać co najmniej groteskowo. Zamiast przedstawiać dowody, szeroko rozwodził się o wojnach punickich, o słynnych politykach pokroju Mariusza i Sulli, a nawet o słynnych republikańskich jurystach z rodu Mucjuszy. Nie wróżyło to dobrze Marcjalisowi jako powodowi… Zanim sędzia umarł z nudów, uwolnił zapewne pozwanego. I tyle. Ne bis in idem. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozwód z pretorem

Jednostronnego rozwodu, nazywanego przez Rzymian repudium mógł początkowo dokonać tylko mąż, jako że żona znajdowała się zwykle pod jego władzą (manus). Ustawa XII Tablic przewidywała wypowiedzenie przez niego formuły: Res tuas tibi habeto!, czyli „Zabieraj swoje rzeczy!”, a także odebranie kobiecie kluczy, co stanowiło akt przeciwny do następującego w czasie ceremonii ślubnej gestu wręczenia żonie kluczy do wspólnego domu małżonków. Opisana forma miała znaczenie jako dowód przeprowadzenia rozwodu, ale nie wpływała na jego ważność.

Na przełomie republiki i pryncypatu instytucja wejścia żony pod władzę męża (conventio in manum mariti) stopniowo zanikała. Dlatego też i kobietom zaczęto przyznawać prawo do przeprowadzenia repudium.

Marcjalis, Epigramaty 10,41:

Męża swego porzucasz w miesiącu Janusa,

Każąc mu, Prokulejo, brać rzeczy, precz ruszać.

Cóż, pytam, się tu stało? Gdzie bólu przyczyna?

Nic mi odpowiadasz? Pretury to wina!

Sto tysięcy kosztuje purpurowa toga,

By dość skromne igrzyska ludowi zgotować.

A do tego dwadzieścia – publiczna ofiara.

Prokulejo, nie rozwód, ale zysku miara!

Wyśmiana przez Marcjalisa Prokuleja rozwiodła się z mężem z powodów finansowych. Objęcie przez niego urzędu pretora wiązało się z bardzo poważnymi wydatkami. O ile w republice za organizację igrzysk odpowiadali edylowie, to w pryncypacie obowiązek ten spoczął właśnie na pretorach. Ludi Megalenses ku czci Magna Mater mąż Prokulei musiał zatem urządzić na własny koszt. W Rzymie republikańskim miało to przynajmniej ten walor, że pamiętne widowisko otwierało drzwi do dalszej kariery politycznej. W okresie cesarstwa i tak wszystko zależało od woli princepsa.

Czego obawiała się Prokuleja? Zapewne nie umniejszenia swego majątku, a raczej utraty posagu, który – jako własność męża, mógłby zostać spożytkowany na wydatki związane z preturą.

Marcjali napisał o Prokulei: iubes res sibi habere suas, czyli stwierdził, że kazała ona mężowi zabrać sowje rzeczy. Włożył zatem w jej usta formułę rozwodową z Ustawy XII Tablic. Możliwe? Nigdy! Te podniosłe słowa były zarezerwowane dla mężczyzn. A zatem – kpina…

Homo togatus

Rzymianie byli dziwnym narodem. Mieli młode, początkowo zaściankowe w zasadzie państwo, ale stać ich było na nieprawdopodobną wręcz arogancję. Patrzyli z wyższością na starsze o tysiąclecia potęgi Wschodu, z dystansem traktowali obce obyczaje i kulty.

W oczach ludów zamieszkujących basen Morza Śródziemnego Rzymian wyróżniały przede wszystkim ich togi, strój obcy i dziwny, którym często budzili popłoch, a przynajmniej respekt. Republika rzymska, za której symbol uznać można właśnie togę, stanowiła swoisty fenomen w świecie starożytnym. Mimo skromnych początków, zakres ekspansji  rzymskiej nie miał sobie równych. Za przykład ilustrujący to zjawisko posłużyć może epizod ze 168 roku p.n.e., którego bohaterem był C. Popillius Laenas wysłany do Egiptu jako legat z ramienia senatu.  Powodem jego misji był najazd Antiocha IV Epifanesa, władcy imperium Seleucydów, na królestwo Ptolemeuszy.

 Otóż Popillius, spotkawszy Antiocha, nie przyjął wyciągniętej przez niego ręki, ale podał mu tabliczki z uchwałą senatu nakazującą jego armii wycofanie się z Egiptu. Kiedy król wyraził wolę skonsultowania się z przyjaciółmi, Popillius wyrysował na ziemi wokół Antiocha koło i powiedział, że będzie mógł je opuścić dopiero, kiedy poda swoją odpowiedź dla senatu. Dopiero gdy Antioch oświadczył, że się wycofa z Egiptu, Popillius uścisnął jego dłoń jako sprzymierzeńca  ludu rzymskiego. Według Waleriusza Maksimusa (6,4,3) legat uosabiał w tym przypadku samą kurię senatu.  Był dostojny, stanowczy i – mimo że rozmawiał z królem – postawił siebie w pozycji suwerena nie znoszącego sprzeciwu. 

W tym świetle zrozumiała staje się wypowiedź Polibiusza o poglądach cudzoziemców na rzymski senat. 

Polibiusz, Historia  6,13: „Także, jeżeli do kogoś poza Italią należy wysłać poselstwo bądź w celu załagodzenia sporów, bądź z upomnieniem, bądź nawet z rozkazem, bądź dla przyjęcia ludu w poddaństwo, bądź wre­szcie dla wypowiedzenia wojny – tenże senat ma o to staranie. Również jak należy się w każdym wypadku wobec przybyłych do Rzymu poselstw zachować i jaką im dać odpowiedź – wszystkim tym kieruje senat. Lud zaś w tych sprawach w ogóle nie ma żadnego udziału. Stąd znów obcemu, który przybędzie do Rzymu podczas nieobecności konsulów, ustrój może się wydać całkiem arystokratyczny. A przekonanie to żywi też wielu Greków oraz królów, ponieważ niemal wszystkie ich sprawy rozstrzyga senat”.

Czyli toga – niepraktyczna, nie do założenia bez pomocy wykwalifikowanego niewolnika, ale i nieodzowna. Toga – to Rzym. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na targu niewolników

Rzymianin musiał mieć niewolnika. Brak choćby jednego był po prostu żenujący. Dlatego każdy obywatel musiał się zmierzyć z koniecznością nabycia żywego towaru. Dla wielu – z wyjątkiem najbogatszych, którzy mogli handlarza zaprosić do siebie – oznaczało to konieczność udania się na targ niewolników. Smród, hałas, niedola… Czego mógł oczekiwać kupujący? Zapewne zależało mu na tym, by szybko ocenić, czy towar spełnia jego wymagania. Nie wszystko jednak widać gołym okiem. Jak zatem ułatwić nabywcy życie? 

Aulus Gellius, Noce attyckie 4,2: „W edykcie edylów kurulnych, w części, gdzie uregulowano sprzedaż niewolników, tak było napisane:  «Niech zostanie dopilnowane, aby dla każdego niewolnika została napisana tabliczka tak, żeby łatwo można było zrozumieć, na jaką który cierpi chorobę lub przypadłość, który jest zbiegiem lub włóczęgą albo nie został uwolniony od odpowiedzialności noksalnej»”.

Dzięki Gelliusowi wiemy, że nabywca mógł ocenić towar na pierwszy rzut oka. Każdy sprzedawany niewolnik, zgodnie z edyktem edylów, powinien mieć na szyi tabliczkę, na której należało wyszczególnić jego ewentualne wady: choroby i przypadłości, skłonność do ucieczek i włóczęgostwa, a także odpowiedzialność za kradzież czy inne delikty, która przeszłaby na nowego właściciela. Na tabliczce widniała też na pewno informacja o jego pochodzeniu oraz o tym, jak długo pozostawał w niewoli. Kupiec mógł zatem łatwo uzyskać podstawowe wiadomości i – dopiero jeśli uznał, że oferta go interesuje – zwracał się do sprzedawcy.

Już starożytni Rzymianie — czytali etykiety…