Żona celnikiem

Rzymianie to mizogini. Dlatego też zaborcza, marudna i trudna do wytrzymania żona stała się bohaterką komedii. Fakt, że to Grecy sięgnęli po potencjał komediowy tej postaci jako pierwsi, ale tacy autorzy jak Plaut potrafili rozwinąć koncept. Trzeba też podkreślić, że właśnie u Plauta kluczowy kod do zrozumienia dowcipu stanowi bardzo często prawo, którego niuanse są sprytnie wplatane w tekst sztuki.

Plaut, Bracia 114-118: „Ilekroć chcę bowiem wyjść, zatrzymujesz mnie, przywołujesz, wypytujesz, dokąd idę, co będę robił, co załatwiał, o co się starał, co przynosił, co robił poza domem. Wprowadziłem do domu celnika, tak z każdej sprawy muszę składać deklarację, co robiłem i co robię”.

07.marriage

Tytułowy brat zarzuca swojej żonie nadmierną dociekliwość i zbyt duże zainteresowanie sprawami męża. To częsta przywara żon, szczególnie posażnych, które usiłowały kontrolować mężów. Posag stanowił właśność małżonka, a po rozwiązaniu małżeństwa powinien wrócić do kobiety lub innej osoby, która go ustanowiła. Dlatego w interesie żony było, aby majątek posagowy nie został roztrwoniony.

Mąż w każdym razie nazywa tu żonę celnikiem (portitor), czyli poborcą, który pobierał cło od transportowanych towarów. Można przypuszczać, że portitores bardzo szczegółowo wypytywali podróżnych o cel ich wyprawy oraz posiadane przedmioty, co też musiało być dość uciążliwe. Wydaje się, że przytoczony przez bohatera katalog pytań może odzwierciedlać treść rozmowy podróżnego z poborcą w punkcie celnym.

W okresie republiki cła pobierali publikanie, czyli dzierżawcy podatków, który zawierali kontrakty publiczne z cenzorami, działającymi w imieniu państwa (locationes censoriae).

Koncept jest doskonały – wprowadzenie do domu celnika to nawiązanie do ceremonii wprowadzenia żony do domu męża podczas zaślubin. Widzowie na pewno pękali ze śmiechu. To tak, jakbyśmy my wyobrazili sobie urzędnika skarbówki, ewentualnie celnika,(koniecznie płci męskiej) w welonie na ślubnym kobiercu.

All you can eat

Jedynym zachowanym zbiorem starożytnych dowcipów jest Philogelos, czyli Ten, który kocha śmiech, antologia 265 żartów datowana na IV-V wiek n.e., za autorów której uważa się Hieroclesa i Philagriusa. Często nazywa się go „czarną owcą” klasycznej spuścizny, ponieważ jest to tekst słaby i – w porównaniu z zaginionymi arcydziełami – wydaje się mało wartościowy.

Językiem Philogelosa jest greka, co natychmiast wywołuje podejrzenie o jego zupełny brak przydatności w badaniach nad prawem rzymskim. Nawet jeśli świat przedstawiony w zbiorku stwarza pozory zupełnej helleńskości, to jednak jest coś, co pozwala sądzić, że jest on w dużej mierze zromanizowany. Otóż w 212 roku n.e. na mocy słynnego edyktu Karakalli Constitutio Antoniniana prawie wszyscy wolni mieszkańcy Imperium Romanum otrzymali obywatelstwo rzymskie. Wiele dowcipów z Philogelosa ma za tło instytucje prawa prywatnego, szczególnie kontrakty.

Philogelos 225 (tłum. J. Łanowski): Głodomór przyszedł do piekarza i prosił, żeby mu wolno było za dwa denary zjeść tyle chleba, ile zechce. Piekarz myślał, że wystarczy mu jeden, wziął dwa denary, a tamten zaczął jeść. Rozpoczął od kosza i zjadł połowę na stojąco. Piekarz osłupiał i powiedział: - Siadaj i tak jedz! Odpowiedział mu: - Chleby z kosza chcę zjeść na stojąco, a siądę do tych na straganie.

piekarzOpisana sytuacja kojarzy się z popularnymi współcześnie ofertami restauracji typu „jesz, ile chcesz”. Należy jednak zbadać, czy taką umowę da się opisać według kryteriów stosowanych przez jurystów zajmujących się emptio-venditio. Do essentialia negotii omawianego kontraktu konsensualnego należało ustalenie ceny oraz towaru. W dowcipie cena została ustalona na dwa denary, towarem zaś jest chleb, czyli rzecz oznaczona co do gatunku. Gaius w komentarzu do edyktu prowincjonalnego pisał, że przy rzeczach, które można zważyć, policzyć, zmierzyć, jak zboże, wino, olej, srebro, czasami stosuje się te same zasady, co przy innych, żeby jednocześnie z porozumieniem co do ceny sprzedaż wydawała się dokonana, a czasami, żeby, chociaż zostało zawarte porozumienie co do ceny, jednak sprzedaż nie będzie się wydawała dokonana, zanim nie zostaną policzone, zważone, zmierzone. Możliwe były zatem dwa rozwiązania, w zależności od tego, czy wystarczyło ustalenie ceny, czy też potrzebne był policzenie, zważenie lub zmierzenie towaru. W omawianym przypadku mamy, jak się wydaje, do czynienia z wariantem pierwszym. Strony ustaliły cenę, która od razu została uiszczona i wówczas dopiero – po zawarciu umowy i spełnieniu świadczenia przez kupującego – nabywca miał odebrać towar. Pojawia się jednak pytanie, czy określenie ilości towaru jako „tyle, ile zechce zjeść” było w ogóle ważne.

Juryści rzymscy prowadzili dość skomplikowane rozważania na temat sposobów określenia ceny. Uznawano na przykład, że umowa sprzedaży za „tyle, ile jest w sakiewce” jest prawidłowa, ponieważ cenę ustalono, nawet, jeśli sama kwota nie była chwilowo znana. Przy sprzedaży rzeczy quae pondere numero mensurave constant można zastosować rozumowanie analogiczne. Otóż strony w kontrakcie zawartym w omawianym dowcipie nie wiedziały dokładnie, ile chleba jest przedmiotem sprzedaży, ale była to ilość określona. Po pierwsze był to chleb znajdujący się w piekarni, po drugie, taka jego ilość, jaką nabywca był w stanie zjeść, dodajmy, że na miejscu, na raz i w określonym czasie, czyli najpóźniej do zamknięcia sklepu. Można zatem stwierdzić, że tak zawarta umowa mieści się jak najbardziej w ramach rzymskiej emptio-venditio.

Pozostaje jeszcze pytanie, na ile omawiany dowcip miał odbicie w praktyce. Otóż Philogelos zawiera jeszcze jeden podobny żart, gdzie głodomór, zawarłszy podobną umowę z właścicielem sadu, pochłania figi. Wydaje się zatem, że taka konstrukcja prawna musiała być znana czytelnikom. Nie znaczy to oczywiście, że w starożytności stosowano ofertę typu „all you can eat”. Można natomiast przypuszczać, że, szczególnie w warunkach wiejskich, zdarzało się, że podróżni zatrzymywali się u przygodnego gospodarza i płacili mu cenę w zamian za możliwość najedzenia się w jego sadzie. Podobnie rzecz się mogła mieć w przypadku piekarni. To, że juryści nie zajęli się, przynajmniej w zachowanym materiale, takim przypadkiem, może jedynie świadczyć o tym, że tak zawarty kontrakt nie wzbudził ich zainteresowania.