Zabieraj swoje rzeczy i się wynoś!

Rozwód, podobnie jak małżeństwo, był w prawie rzymskim w czasach republiki i pryncypatu czynnością prawną nieformalną. Wystarczało w zasadzie ustanie woli pozostawania w związku (affectio maritalis). W praktyce nie było to jednak takie proste. Dlaczego? Choćby ze względu na problem ustalenia, kto jest ojcem urodzonego w międzyczasie dziecka. Jeśli urodziło się ono w tzw. okresie koncepcyjnym, czyli nie wcześniej niż w 182 dniu od zawarcia i nie później niż w 300 dniu po rozwiązaniu małżeństwa, domniemywano, że ojcem jest aktualny bądź były mąż matki. W tej sytuacji kluczową kwestią było dokładne ustalenie daty zawarcia i zerwania związku. 

W Ustawie XII Tablic znajdował się przepis regulujący formę dokonania jednostronnego rozwodu – repudium. Przy jego rekonstrukcji wykorzystuje się fragment Filipiki Cycerona. 

Tab. 4,3 (Cic. Phil. 2,28,69): „Według [Ustawy] XII Tablic rozkazał, aby ta jego [żona] swoje rzeczy zabrała, odebrał klucze, wypędził”. (tłum. M. i J. Zabłoccy)

Odprawiający żonę mąż powinien wypowiedzieć formułę Res tuas tibi habeto („Zabieraj swoje rzeczy”), i odebrać żonie klucze. Te wymogi formalne nie były jednak istotne dla ważności rozwodu (ad solemnitatem), lecz jako środek dowodowy (ad probationem). 

Dlaczego klucze? Była to odwrotność jednego z elementów ceremonii ślubnej, a mianowicie wręczenia żonie kluczy do domu, w którym małżonkowie mieli zamieszkać (por. Athen. 440e-441b). 

A czy kobieta też mogła odprawić męża? Czy mogła mężowi kazać zabrać swoje rzeczy i się wynosić? W Amfitrionie Plauta (928) Alkmena mówi do męża: valeas, tibi habeas res tuas, reddas meas, czyli: „Bądź zdrów, miej sobie swoje rzeczy, oddaj mi moje”. Słowa te przypominają formułę z Ustawy XII Tablic, ale nie do końca. To mąż ma sobie zatrzymać swoje rzeczy, a oddać żonie jej własność. Domu nie opuści on, ale ona. Plaut dokonał zatem komicznego odwrócenia ról: żona wypowiada za męża słowa, które przypieczętowują rozwód, lecz jak gdyby wspak. Chce go zatem zmusić do dokonania repudium i wkłada mu usta to, czego jej powiedzieć nie wypada. Sposób zawsze się znajdzie… 

Senat w więzieniu

Rzymscy senatorowie stanowili elitę polityczną republiki. Senat był jednak organem mocno zhierarchizowanym. Miejsce w tej hierarchii zależało od tego, jaki urząd się wcześniej sprawowało. Wyróżniano więc byłych konsulów (viri consulares), byłych pretorów (viri praetorii) itd. 

Prowadzący obrady powinien udzielać głosu senatorom według ich rangi, od konsularów poczynając. Bardzo często jako pierwszy wypowiadał się princeps senatus, czyli, ten którego cenzorzy umieścili na czele listy (por. Gell. 4,10,2). 

Dopuszczony do głosu senator miał prawo mówić tak długo, jak zechciał, nie będąc przy tym związany tematem obrad. Sęk w tym, że uchwała (senatusconsultum) musiała zostać podjęta pomiędzy wschodem a zachodem słońca. Czuwanie nad przestrzeganiem tej zasady powierzono cenzorom, którzy mogli ukarać notą odpowiedzialnego za jej złamanie (Gell. 14,7,8). Taki stan rzeczy sprzyjał obstrukcji. 

Aulus Gellius, Noce attyckie 4,10: W tejże księdze Capitona to także jest napisane: „Konsul C. Cezar” rzekł „zapytał o zdanie M. Katona. Kato nie chciał, by sprawa, która była dyskutowana, została załatwiona, ponieważ nie wydawała mu się korzystna dla państwa. Z tego powodu uciekł się do długiej przemowy i zużywał dzień, przemawiając. Senator miał bowiem prawo, kiedy zapytany wyrażał swoje zdanie, mówić wcześniej o czymkolwiek chciał i jak długo chciał. Cezar wezwał woźnego i, skoro [Kato] nie kończył, nakazał pochwycić mówiącego i zaprowadzić do więzienia. Cały senat wstał i podążył za Katonem do więzienia. Wówczas Cezar dał za wygraną i kazał wypuścić Katona

Zirytowany Cezar był najwyraźniej mało charyzmatyczny. A za Katonem senat poszedł nawet do więzienia. Cóż, może to było bardziej ekscytujące niż słuchanie jego mowy… 

 

Czego oni ich uczą w tych szkołach…

Aby być dobrym mówcą, Rzymianin musiał odebrać staranne wykształcenie. W skład jego curriculum z pewnością wchodziła także wiedza o prawie, choćby podstawowa. Tak chcieli przodkowie. Ale oczywiście wszytsko się zmienia, i to na gorsze. Solą w oku cenzorów z 92 roku p.n.e. były szkoły łacińskich retorów, którzy skupiali się wyłącznie na nauczaniu sztuki wymowy, przy jednoczesnym zaniedbywaniu przekazywania wiedzy. Młodzieniec uczęszczający do ich szkoły nie miał już pewnie czasu uczyć się od mistrzów, odbywając tirocinium fori.

Dalej było tylko gorzej. Ćwiczenia retoryczne stawały się coraz bardziej oderwane od rzeczywistości.

Petroniusz (Sat. 1) z przekąsem pisał, że młodzieńcy w szkołach głupieją, ponieważ nie uczą się o sprawach codziennych, a tylko o piratach stojących na plaży z łańcuchami, a także o tyranach nakazujących synom zabijać ojców oraz o tym, że doskonałym remedium na zarazę jest złożenie w ofierze trzech lub więcej dziewic…

Co to jednak są te sprawy codzienne (quae in usu habemus)? Zaryzykuję stwierdzenie, że chodzi między innymi o kwestie fundamentalne, bez których zrozumienie otaczającej nas rzeczywistości – także prawnej – jest niemożliwe. Bez prawa rzymskiego się nie da! Roma locuta causa finita.  

Król i pirat

Jak odróżnić króla od pirata? Dziwne pytanie. Odpowiedź na nie w dość osobliwych okolicznościach poznał podobno Aleksander Wielki. Przynajmniej zdaniem świętego Augustyna. 

Aug., De civitate Dei 4,4: Zgrabnie i prawdziwie odpowiedział Aleksandrowi Wielkiemu pewien pojmany pirat. Kiedy bowiem król zapytał go, co sobie myśli, stwarzając zagrożenie na morzu, ten odpowiedział bezczelnie: „A ty co sobie myślisz zagrażając całemu światu? Jako że ja to jednak robię na małym statku, jestem nazywany piratem; ty natomiast masz wielką flotę i jesteś nazywany wodzem”. 

Coś w tym jest. Trochę jak z powiedzeniem Katona (Gell. 11,18,18): ci, którzy kradną pieniądze prywatne, wiodą życie w łańcuchach i kajdanach, złodzieje publiczni – w złocie i purpurze…