Jestem obywatelem rzymskim!

Jednym z najważniejszych uprawnień obywateli rzymskich w prawie publicznym była provocatio ad populum, czyli możliwość odwołania się do zgromadzenia ludowego od decyzji urzędnika, który chciał zastosować karę śmierci, chłosty bądź wysokiej grzywny. Uprawnienie to, którego korzeni niektórzy doszukują się już w okresie królewskim, podlegało ewolucji.

U schyłku republiki można już było chyba mówić o swoistej nietykalności obywateli rzymskich, którzy uznawali deklarację swojego statusu za wystarczającą ochronę w każdych okolicznościach. Należało wołać: „Civis Romanus sum!” – „Jestem obywatelem rzymskim!”.

Każdy urzędnik powinien respektować uprawnienie do provocatio. Przekonywał o tym na przykład Cycero w słynnej mowie przeciwko skorumpowanemu namiestnikowi Sycylii, Werresowi (70 rok p.n.e.). Otóż Werres uwięził niejakiego Gaviusa, ten jednak zbiegł. Zanim zdołał zaokrętować się na statek płynący do Italii, został ponownie pojmany i doprowadzony przed oblicze namiestnika. Ten kazał go na messyńskim rynku wychłostać a potem ukrzyżować, mimo że nieszczęśnik cały czas przekonywał o tym, że jest obywatelem. Wątpliwe poczucie humoru Werresa objawiło się w tym, że krzyż został ustawiony tak, by skazaniec widział Italię – taki krzyż z widokiem na wolność…

Cic., In Verr. 2,5,170: „Występkiem jest uwięzić obywatela rzymskigo, zbrodnią – wychłostać, prawie ojcobójstwem – zabić; a co mam powiedzieć o ukrzyżowaniu?”

Mówca dowodził też, że Rzymianie żeglują w nieznane przekonani, że nie tylko rzymscy urzędnicy, ale i wszyscy inni, nawet cudzoziemcy, respektować będą ich przywileje, kiedy tylko poznają ich obywatelstwo. Dlatego Werres, ignorując ius provocationis, stał się „wrogiem wspólnej wolności”!

Trochę to chyba naiwne. Nasuwa się myśl o Brytyjczykach przekonanych, że jeśli wystarczająco głośno będa mówić po angielsku, każdy ich zrozumie…

Plutarch, Żywot Pompejusza 24,7-8: „Zawsze, gdy jeniec krzyczał, że jest obywatelem rzymskim i podawał swoje imię, piraci udawali, że są przerażeni (…) i błagali o wybaczenie.  A on był przeświadczony o ich szczerości. Potem zakładali mu buty, owijali go togą (…), a następnie – zabawiwszy się jego kosztem – opuszczali drabinę i kazali mu wysiadać na pełnym morzu i odejść, dokąd zechce. A jeśli nie chciał, sami wrzucali go do morza, by utonął.”

Czyli piratów nie należy informować o swoim statusie. No, chyba, że się jest Cezarem…

Szyszka – owoc czy kamień?

Politycy prowadzący kampanię wyborczą w Rzymie nie mogli urządzać żadnych igrzysk, mogło to bowiem być poczytanie jako próba przekupienia wyborców. Niejaki Vatinius, nie zwracając uwagi na zakaz, zorganizował pokazy gladiatorów, czym tak sobie zraził lud, że został w trakcie imprezy obrzucony kamieniami. Wystraszył się na tyle, że poprosił edylów o pomoc. W efekcie powstał edykt następującej treści: „Niech nikt nie rzuca na arenę niczego z wyjątkiem owoców”. Opisujący to zdarzenie Makrobiusz przytoczył związany z nim żart jurysty Cascelliusa. 

Makrobiusz, Saturnalia 2,6,2: Przypadkiem w tych dniach  Cascellius, zapytany przez kogoś czy za owoc można uznać szyszkę piniową, odpowiedział: „Jeśli zostanie rzucona w Vatiniusa,  jest owocem!”. 

Anegdota ta jest z prawnego punktu widzenia bardzo ciekawa. Po pierwsze pokazuje, że cura ludorum edylów, czyli troska o igrzyska, to nie tylko obowiązek ich organizacji, ale także czuwania nad bezpieczeństwem publicznym w ich trakcie. Dotyczyło to również tych imprez, które prywatnie urządzali obywatele. Zacytowany edykt pokazuje, że edylowie starali się eliminować zachowania potencjalnie niebezpieczne. 

Trzeba też zastanowić się nad tym, dlaczego ktoś oczekiwał porady prawnej w sprawie piniowych szyszek… Otóż sprawa mogła mieć na przykład związek z otrzymanym zapisem testamentowym, obejmującym między innymi znajdujące się w gospodarstwie owoce. Szyszka piniowa, sama niejadalna, zawiera orzeszki, których zastosowanie w kuchni jest powszechnie znane. Choćby Apicjusz wymieniał je często jako składniki swoich dań. A zatem, problem wcale niebanalny. 

Co się jednak wyraźnie rzuca w oczy? Rzymianie też mieli problemy z pseudo-kibicami!

Romulus i wino

Starożytni Rzymianie zakazywali kobietom pić wino, uzasadniając to troską o dobro przyszłego potomstwa, a także o obyczajność. Athenajos (10,441a-b) podał, że wprowadzenie tej reguły było związane z podróżą Heraklesa do Italii. Znużony heros poprosił o gościnę w pewnym gospodartswie. Kobieta, która w tajemnicy przed mężem otworzyła beczkę z winem i nie chciała, by się to wydało, przekonywała, by gościa poczęstować jedynie wodą. Półbóg sprawił, że beczka skamieniała. Ponieważ cała sytuacja była nieco żenująca (naruszenie zasad gościnności itd.), kobiety miały odtąd unikać picia wina. 

Źródeł zakazu upatruje się jednak w ustawodawstwie Romulusa. Otóż Plutarch (Rom. 22) podał, że król zezwolił mężowi odprawić żonę, która podmieniła klucze. Jakie? Wspomniany wyżej Athenajos (10,440 f) napisał, że kobieta otrzymywała w czasie ceremonii ślubnej komplet kluczy do domu, w którym miała zamieszkać z mężem, z wyjątkiem jednak tych do piwnicy z winem. Rozwód groził więc żonie wtedy, gdy chociażby usiłowała dostać się do trunku, forsując zakazane drzwi.

Co więcej, Romulus zezwolił ukarać śmiercią kobietę przyłapaną na piciu wina. Było to rozwiązanie kazuistyczne, ale zyskało rangę bardziej ogólnej normy. Otóż niejaki Egnatius Mecenius zastał małżonkę żłopiącą prosto z beczki i tak mocno ją uderzył, że zmarła. Romulus go ułaskawił. Opisujący to zdarzenie Valerius Maximus (6,3,9) uznał, że kobieta pijąca wino „zamyka drzwi wszystkim cnotom, otwiera występkom”. 

Co ciekawe, jak twierdził Aulus Gellius (za L. Pizonem), sam Romulus miał się podobno wykazywać dużym rozsądkiem w sprawach alkoholowych. 

Gell. 11,14: Powiadają, że Romulus, zaproszony na ucztę, pił tylko odrobinę, podając jako przyczynę to, że miał następnego dnia obowiązki. [Gospodarz] powiedział mu: „Romulusie, gdyby wszyscy tak robili, wino byłoby mniej warte”. On odpowiedział: „Ależ [byłoby] drogie – gdyby każdy pił tyle, ile chce. Ja wypiłem tyle, ile chciałem”. 

Coż, trochę nachalnego moralizmu: otia post negotia

Bezkarnie zabić…

Na pytanie, kto mógł w Rzymie bezkarnie zabijać, można, jak z rękawa, sypnąć kilkoma odpowiedziami. Kto? Oczywiście legionista na wojnie. Kto jeszcze? Na przykład według Ustawy XII Tablic (tab. 8,12-13) okradany w obronie własnej, jeśli złodziej włamał się do niego w nocy albo jeśli w dzień używał broni. Dalej? Ojciec oczywiście, a raczej pater familias, który miał wobec dzieci władzę życia i śmierci (ius vitae ac necis). Idąc tym tropem, rzecz jasna, właściciel niewolnika. 

Ale to sztampa, nudy po prostu. Pliniusz Starszy – ten dopiero miał na to pytanie kreatywną odpowiedź. Otóż – lekarze! 

Pliniusz, Historia naturalna 29,18: „Uczą się poprzez nasze niebezpieczeństwa i poprzez śmierci nabywają doświadczenia, i tylko lekarzowi przysługuje całkowita bezkarność w przypadku, gdy kogoś zabił”. 

Co na to prawnicy? Och, oczywiście, można podać przypadki pociągania lekarzy do odpowiedzialności. Na przykład w drodze interpretacji legis Aquiliae wykształciła się zasada winy, co pozwalało powiązać brak kompetencji ze skutkiem w postaci utraty życia lub uszczerbku na zdrowiu pacjenta. Cyniczny komentarz Pliniusza każe jednak sądzić, że w praktyce bywało różnie…