Domek na plaży

Morze było zdaniem rzymskich jurystów rzeczą wspólną dla wszystkich (res omnium communis; D. 1,8,2) i każdy mógł korzystać zarówno z samego morza, jak i jego brzegów. Nie można było nikomu zakazać na przykład łowienia ryb, chyba że jego działania przynosiłyby komuś szkodę. Właściciele nadmorskich posiadłości musieli się z tym liczyć. Ich własność nie sięgała bowiem aż do samej wody. Brzeg aż do miejsca, do którego dochodziły najwyższe fale, był przeznaczony do użytku publicznego.

Gaius (D. 1,8,5,1) podał, że rybak może na brzegu postawić szałas czy jakąś inną prowizoryczną budowlę, by miał się gdzie schronić. To uprawnienie pociągało za sobą jednak dalsze, bardzo ciekawe konsekwencje.

D. 1,8,6 pr. (Marcianus w księdze trzeciej Instytucji): Do tego stopnia, że stają się również właścicielami ziemi dopóty, dopóki budowla stoi; kiedy jednak budowla ulegnie zniszczeniu, miejsce wraca do poprzedniego stanu prawnego jakby na mocy ius postliminii i jeśli kto inny w tym samym miejscu coś zbuduje, stanie się to jego.

Z tego, co napisał Marcianus wynika, że jednak kawałek brzegu mógł stać się przedmiotem własności jednostki, bo – w przypadku wybudowania szałasu – rybak nabywał własność nie tylko samej budowli, ale i ziemi, na której ją postawił. Jest to rozwiązanie co najmniej dziwne w świetle zasady superficies solo cedit, zgodnie z którą to budynek dzielił status gruntu, na którym stał.

Na dodatek jurysta zaraz dodał, że prawo własności wygasa z chwilą zniszczenia budowli, posługując się tu bardzo kunsztownym porównaniem do ius postliminii, które pozwalało odzyskać prawa osobom powracającym z niewoli.

Po co zatem ta własność? Niech sobie każdy stawia szałasy i tyle.

Musiała być jednak jakaś przyczyna tego rozwiązania. Co by się stało, gdyby rybacy się pokłócili i jeden drugiemu zająłby chatkę? I to jest właśnie nasza ratio! Poszkodowanemu przysługiwała ochrona jako właścicielowi. Ta, karkołomna trzeba przyznać, konstrukcja miała na celu po prostu zapewnienie bezpieczeństwa.

A zamek na piasku?