Zagadka sfinksa

Mówcy sądowi w starożytnym Rzymie działali często na podstawie zlecenia klienta. Kontrakt ten, zwany mandatum, był czynnością prawną nieodpłatną. Zleceniobiorca, w tym przypadku adwokat, nie był uprawniony do domagania się żadnego honorarium za wykonanie zlecenia, natomiast nierzadko zdarzało się, że jakieś wynagrodzenie jednak otrzymywał.

Jak choćby Hortenzjusz, słynny orator, starszy od Cycerona, będący też jego częstym przeciwnikiem w procesach. Tak było również w sprawie w roku 70 p.n.e., w której Cycero był, nietypowo dla siebie, oskarżycielem, a mianowicie w procesie skorumpowanego namiestnika Sycylii, Werresa. Młody Arpinata miał przed sobą trudne zadanie. Adwokaci Werresa, z Hortenzjuszem na czele, próbowali przeciągać postępowanie aż do czasu zmiany na stanowisku pretora przewodniczącego trybunałowi karnemu. Dlatego Cycero, zamiast wygłaszać długą mowę, ograniczył się do powołania świadków. Hortenzjusz próbował twierdzić, że ich zeznania są nieistotne, mówiąc: „Nie rozumiem tych zagadek”, na co Arpinata odpowiedział: „A powinieneś, skoro masz w domu sfinksa”.

Otóż Hortenzjusz dostał od swojego klienta cenną rzeźbę, sfinksa właśnie. Czy było to honorarium za wykonanie zlecenia? Niekoniecznie, ponieważ mówca nie spełnił jeszcze swojego świadczenia. Może zatem łapówka?