Zawiłości kariery politycznej

Rzymski arystokrata za punkt honoru stawiał sobie podążanie tradycyjną ścieżką kariery politycznej (cursus honorum), przy czym ideałem było obejmowanie urzędów w najwcześniejszym możliwym momencie, czyli tuż po osiągnięciu przepisanego ustawą wieku (suo anno). Obowiązkowe etapy kariery obejmowały urząd kwestora, pretora i konsula, ale po kwesturze często obejmowano także edylat lub trybunat jako stadia pośrednie.

Niebagatelna była w tym wszystkim oczywiście rola wyborców, których decyzje często kształtowały kariery polityków. Sulla na przykład, zubożały arystokrata, późniejszy dyktator, rozpoczął cursus honorum wybrany kwestorem przez Mariusza, pod którego wodzą odniósł spore sukcesy militarne. Zakończenie działań wojennych pozwoliło mu na powrót do Rzymu i start w wyborach. W 99 roku p.n.e. zgłosił swoją kandydaturę na urząd pretora na kolejny rok. Był popularny, wręcz sławny, ale… przegrał. Dlaczego?

Plutarch, Żywot Sulli 5: Odpowiedzialność za jego porażkę należy przypisać ludowi. Wiedzieli o jego przyjaźni z Bocchusem i oczekiwali, że gdyby został edylem, urządziłby dla nich wspaniałe sceny polowań i walk z libijskimi dzikimi zwierzętami. Dlatego innych wybrali na urząd pretora, chcąc go zmusić do objęcia edylatu.

Otóż Sulla walczył w Afryce, doprowadził do zakończenia wojny królem Jugurtą, który wpadł w jego pułapkę dzięki zdradzie swego teścia Bocchusa, króla Mauretanii. Takie znajomości zgubiły Sullę w wyborach. Lud był łasy na igrzyska z udziałem egzotycznych zwierząt. Polityk nie mógł zawieść pokładanych w nim nadziei! A kto organizował widowiska? Edylowie. Gdyby Sulla od razu został pretorem, jego koneksje nie zostałyby wykorzystane.

Zadziałało? To ciekawa historia: rok później Sulla znowu zgłosił się jako kandydat na pretora, ale w kampanii wyborczej złożył obietnicę. Przyrzekł, że zorganizuje spektakularne igrzyska. I słowa dotrzymał. Jako pretor miejski urządził niezapomniane Ludi Apollinares.

igrzyska

Szyszka – owoc czy kamień?

Politycy prowadzący kampanię wyborczą w Rzymie nie mogli urządzać żadnych igrzysk, mogło to bowiem być poczytanie jako próba przekupienia wyborców. Niejaki Vatinius, nie zwracając uwagi na zakaz, zorganizował pokazy gladiatorów, czym tak sobie zraził lud, że został w trakcie imprezy obrzucony kamieniami. Wystraszył się na tyle, że poprosił edylów o pomoc. W efekcie powstał edykt następującej treści: „Niech nikt nie rzuca na arenę niczego z wyjątkiem owoców”. Opisujący to zdarzenie Makrobiusz przytoczył związany z nim żart jurysty Cascelliusa. 

Makrobiusz, Saturnalia 2,6,2: Przypadkiem w tych dniach  Cascellius, zapytany przez kogoś czy za owoc można uznać szyszkę piniową, odpowiedział: „Jeśli zostanie rzucona w Vatiniusa,  jest owocem!”. 

Anegdota ta jest z prawnego punktu widzenia bardzo ciekawa. Po pierwsze pokazuje, że cura ludorum edylów, czyli troska o igrzyska, to nie tylko obowiązek ich organizacji, ale także czuwania nad bezpieczeństwem publicznym w ich trakcie. Dotyczyło to również tych imprez, które prywatnie urządzali obywatele. Zacytowany edykt pokazuje, że edylowie starali się eliminować zachowania potencjalnie niebezpieczne. 

Trzeba też zastanowić się nad tym, dlaczego ktoś oczekiwał porady prawnej w sprawie piniowych szyszek… Otóż sprawa mogła mieć na przykład związek z otrzymanym zapisem testamentowym, obejmującym między innymi znajdujące się w gospodarstwie owoce. Szyszka piniowa, sama niejadalna, zawiera orzeszki, których zastosowanie w kuchni jest powszechnie znane. Choćby Apicjusz wymieniał je często jako składniki swoich dań. A zatem, problem wcale niebanalny. 

Co się jednak wyraźnie rzuca w oczy? Rzymianie też mieli problemy z pseudo-kibicami!

Edyl, prostytutka i dekret trybunów

Prostytucja była w Rzymie legalna. Zawsze. Nawet cesarze chrześcijańscy jej nie zakazywali. Podatki płacone przez nierządnice przynosiły państwu duże dochody. Nie zmienia to faktu, że prostytutki zaliczano do grona kobiet o fatalnej reputacji. Wiele z nich nie wybierało swojego losu, na przykład niewolnice sprzedawane stręczycielom. Czy miały one jakieś prawa?  

Aulus Gellius, „Noce attyckie” 4,14: „Kiedy czytaliśmy IX księgę Różnych spraw Ateiusa Capitona, która zatytułowana jest O sądach publicznych, zobaczyliśmy dekret trybunów pełen dawnej powagi. Dlatego go zapamiętaliśmy. Został on napisany z takiego powodu i w takich słowach: Aulus Hostilius Mancinus był edylem kurulnym. Oskarżył on prostytutkę Manilię przed zgromadzeniem ludowym o to, że z jej piętra został w niego w nocy rzucony kamień i pokazywał ranę od tego kamienia. Manilia odwołała się do trybunów plebejskich. Przed nimi powiedziała, że Mancinus przyszedł do jej kamienicy jako hulaka; nie chciała go wpuścić, ale – kiedy ten wdarł się siłą – został odparty kamieniami. Trybunowie postanowili w dekrecie, że edyla odparto zgodnie z prawem z tego miejsca, do którego nie godziło mu się przybyć w wieńcu; dlatego sprzeciwili się, by edyl zwołał zgromadzenie”.  Gellius opisał głośny zapewne swego czasu skandal: edyl został obrzucony kamieniami, które ciskano z mieszkania nierządnicy. Urzędnik wystąpił oczywiście z oskarżeniem publicznym, ale do procesu nie doszło ze wzgledu na weto trybunów plebejskich. Dlaczego pomogli? Otóż edyl mógł kontrolować lupanary, jako że był urzędnikiem odpowiedzialnym za porządek w mieście. Wszelkie przybytki, które stanowiły potencjalne zagrożenie znajdowały się pod kontrolą. Seneka nazwał je obrazowo: miejscami, które drżą przed edylem”.

lupanar

A zatem edyl z przytoczonej przez Gelliusa historii mógł pojawić się w lokalu prostytutki i żądać wpuszczenia? Tak, ale jako urzędnik, nie klient. Z dekretu trybunów wynika wyraźnie, że niepożądanego klienta nierządnica mogła nie wpuścić, a nawet – gdyby był nachalny – użyć siły, aby go wyrzucić. A zatem kobieta, i to kobieta postawiona najniżej w hierarchii społecznej, miała prawo do obrony własnej. W łeb natręta!

Na targu niewolników

Rzymianin musiał mieć niewolnika. Brak choćby jednego był po prostu żenujący. Dlatego każdy obywatel musiał się zmierzyć z koniecznością nabycia żywego towaru. Dla wielu – z wyjątkiem najbogatszych, którzy mogli handlarza zaprosić do siebie – oznaczało to konieczność udania się na targ niewolników. Smród, hałas, niedola… Czego mógł oczekiwać kupujący? Zapewne zależało mu na tym, by szybko ocenić, czy towar spełnia jego wymagania. Nie wszystko jednak widać gołym okiem. Jak zatem ułatwić nabywcy życie? 

Aulus Gellius, Noce attyckie 4,2: „W edykcie edylów kurulnych, w części, gdzie uregulowano sprzedaż niewolników, tak było napisane:  «Niech zostanie dopilnowane, aby dla każdego niewolnika została napisana tabliczka tak, żeby łatwo można było zrozumieć, na jaką który cierpi chorobę lub przypadłość, który jest zbiegiem lub włóczęgą albo nie został uwolniony od odpowiedzialności noksalnej»”.

Dzięki Gelliusowi wiemy, że nabywca mógł ocenić towar na pierwszy rzut oka. Każdy sprzedawany niewolnik, zgodnie z edyktem edylów, powinien mieć na szyi tabliczkę, na której należało wyszczególnić jego ewentualne wady: choroby i przypadłości, skłonność do ucieczek i włóczęgostwa, a także odpowiedzialność za kradzież czy inne delikty, która przeszłaby na nowego właściciela. Na tabliczce widniała też na pewno informacja o jego pochodzeniu oraz o tym, jak długo pozostawał w niewoli. Kupiec mógł zatem łatwo uzyskać podstawowe wiadomości i – dopiero jeśli uznał, że oferta go interesuje – zwracał się do sprzedawcy.

Już starożytni Rzymianie — czytali etykiety…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Szczerbaty niewolnik – towar wadliwy?

Niewolnik – człowiek czy rzecz? W świetle prawa rzymskiego stanowił przedmiot, a nie podmiot prawa. Ale juryści przyznawali, że według prawa natury wszyscy ludzie są wolni, a niewola jest instytucją prawa narodów, czyli wytworem samego człowieka. Te filozoficzne rozważania w żaden sposób nie zmieniały jednak tego, że niewolnicy byli jednym z najbardziej powszechnie kupowanych towarów i – jak w przypadku każdego innego przedmiotu umowy kupna-sprzedaży – ich jakość mogła być różna. 

Prawo miało zagwarantować nabywcy pewien poziom bezpieczeństwa przy dokonywaniu transakcji. Służył temu, między innymi, nałożony na sprzedawcę obowiązek poinformowania kupca o podstawowych cechach towaru, w tym o jego wadach fizycznych. Sprawujący jurysdykcję na targowiskach w Rzymie urzędnicy – edylowie kurulni – wprowadzili w swoim edykcie wymóg uprzedzenia kupującego o ewentualnych chorobach lub ułomnościch niewolnika, o tym, czy ma on skłonność do ucieczek lub włóczęgostwa, a także o ciążącej na nim odpowiedzialności za delikty (przestępstwa prawa prywatnego, np. kradzież). W razie ujawnienia wady, którą zbywca przemilczał, mogło dojść do odstąpienia od umowy lub do obniżenia ceny. 

Wśród jurystów rozgorzała dyskusja na temat różnicy między chorobą a ułomnością. Zastananawiali się nad wieloma przypadkami: ślepców, kastratów, bezpłodnych kobiet czy chorych umysłowo. Ich uwagę przykuła też kwestia uzębienia sprzedawanych niewolników. 

Gell. 4,2,12:  „Servius uznał, że od kupna tego, któremu brakuję zęba, można odstąpić, Labeo natomiast sądził, że nie jest to powód odstąpienia:  «Wielu bowiem»  rzekł  «brakuje jakiegoś zęba i z tego powodu wcale ludzie nie są bardziej chorzy, a zupełnie absurdalnym byłoby twierdzić, że ludzie nie rodzą się zdrowi, ponieważ zęby nie pojawiają się u niemowląt od razu»”. 

Gellius w „Nocach Attyckich” przytoczył opinie dwóch wybitnych jurystów. Sabinus uznawał brak zęba za wadę i powód odstąpienia od umowy, Labeo – przeciwnie – uważał, że to nie choroba i podawał przykład bezzębnych niemowląt. Fantastyczne rozwinięcie tej myśli znajduje się w justyniańskich Digestach:  

D. 21,1,11 (Paul. 11 ad Sab.):  „Ten, komu brakuje zęba, nie jest chory: dużej bowiem części ludzi brakuje jakiegoś zęba i nie są z tego powodu chorzy: zwłaszcza dlatego, że, ponieważ rodzimy się bez zębów, nie jesteśmy z tego powodu mniej zdrowi, dopóki nie pojawią się zęby: w przeciwnym razie żaden starzec nie byłby zdrowy”. 

A zatem: zajrzyj, kupcze w zęby! Dentes, o emptor, inspice!

 

 

 

 

 

 

 

 

Io Saturnalia!

Starożytni Rzymianie o tej porze roku radośnie świętowali Saturnalia, czyli obchodzili święto ku czci jednego z najtarszych bóstw italskich, utożsamianego z greckim Kronosem Saturna. Świątynia tego boga służyła zresztą Rzymianom za skarbiec państwowy i archiwum, w którym przechowywano teksty ustaw, a więc trzeba go było należycie uczcić.

Saturnalia to okres swawoli i swobody. Na ich czas ustawała wszelka działalność publiczna: nie odbywały się zgromadzenia ludowe, posiedzenia senatu, nie działały sądy. Choć raz w roku niewolnicy mogli się poczuć jak ludzie wolni. Pozwalano im ucztować z właścicielami, którzy niekiedy nawet usługiwali przy stołach. Na dodatek pozwalano im poczuć przedsmak swobody: mogli nosić stożkowate czapki – pillei – które zwykle dawano nowowyzwolonym jako symbol otrzymanej wolności. A  że czapki te w Saturnalia zakładało też wielu obywateli, różnice stanowe zupełnie nie były widoczne. Pokazać się w todze – to dopiero nietakt!

O ile zwykle hazard był w Rzymie surowo tępiony na mocy specjalnych ustaw (leges aleariae), to w czasie Saturnaliów do woli można było grać w kości, nie obawiając się kary. Edylowie, urzędnicy, którzy czuwali nad porządkiem w Mieście, w tym okresie przymykali oko na graczy.

Saturnalia to także czas prezentów! Podarunkiem mógł być również wiersz – xenium. O, taki na przykład:

Marcjalis, Epigramaty 6,24:
Z Charizjanem w rozpuście mierzyć się nie mogę,
On nawet w Saturnalia ubiera się w togę!