Gdzie kupić szpiega?

Czy Rzymianie znali detektywów? Na pewno nie było u nich takiego zawodu. Wszelkiej maści szpiedzy, donosiciele i informatorzy kręcili się jednak tu i tam, zdobywając informacje. Bardzo często za szpiegów służyli niewolnicy, których właściciele posyłali na zwiady w różnych sytuacjach. Niewolnik nie był dla nikogo osoba podejrzaną. Nikt go nie znał, a poza tym nie rzucał się w oczy. Na dodatek był zawsze pod ręką i nie trzeba go było specjalnie wynajmować. W jednej z komedii Plauta niewolnik Strobilus opisuje swoje zadania.

Plaut, Aulularia 605-607: On przysłał mnie tu na przeszpiegi, aby być świadkiem tego, co się tu zdarzy. Teraz, nie będąc podejrzanym, usiądę w tym świętym miejscu; będę patrzył, co robią, gdzie tylko będę mógł.

Nierzucanie się niewolników w oczy było zresztą dość skutecznie wykorzystywane. Szpiega wysyłanego do obozu nieprzyjaciela przebierano za niewolnika i tym sposobem nie budził on podejrzeń staży.

Frontinus, Strategmata 1,2,1. Scypion Afrykański, kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja wysłania poselstwa do Syfaksy, razem z Leliuszem kazał iść najlepszym trybunom i centurionom w roli niewolników i polecił im przyjrzenie się siłom króla. Oni bez ograniczeń mogli ustalić położenie obozów.

Tak czy siak dobry niewolnik mógł się przydać do zadań wywiadowczych. Tylko gdzie takich sprzedają? I za ile?

Na targu niewolników

Rzymianin musiał mieć niewolnika. Brak choćby jednego był po prostu żenujący. Dlatego każdy obywatel musiał się zmierzyć z koniecznością nabycia żywego towaru. Dla wielu – z wyjątkiem najbogatszych, którzy mogli handlarza zaprosić do siebie – oznaczało to konieczność udania się na targ niewolników. Smród, hałas, niedola… Czego mógł oczekiwać kupujący? Zapewne zależało mu na tym, by szybko ocenić, czy towar spełnia jego wymagania. Nie wszystko jednak widać gołym okiem. Jak zatem ułatwić nabywcy życie? 

Aulus Gellius, Noce attyckie 4,2: „W edykcie edylów kurulnych, w części, gdzie uregulowano sprzedaż niewolników, tak było napisane:  «Niech zostanie dopilnowane, aby dla każdego niewolnika została napisana tabliczka tak, żeby łatwo można było zrozumieć, na jaką który cierpi chorobę lub przypadłość, który jest zbiegiem lub włóczęgą albo nie został uwolniony od odpowiedzialności noksalnej»”.

Dzięki Gelliusowi wiemy, że nabywca mógł ocenić towar na pierwszy rzut oka. Każdy sprzedawany niewolnik, zgodnie z edyktem edylów, powinien mieć na szyi tabliczkę, na której należało wyszczególnić jego ewentualne wady: choroby i przypadłości, skłonność do ucieczek i włóczęgostwa, a także odpowiedzialność za kradzież czy inne delikty, która przeszłaby na nowego właściciela. Na tabliczce widniała też na pewno informacja o jego pochodzeniu oraz o tym, jak długo pozostawał w niewoli. Kupiec mógł zatem łatwo uzyskać podstawowe wiadomości i – dopiero jeśli uznał, że oferta go interesuje – zwracał się do sprzedawcy.

Już starożytni Rzymianie — czytali etykiety…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Szczerbaty niewolnik – towar wadliwy?

Niewolnik – człowiek czy rzecz? W świetle prawa rzymskiego stanowił przedmiot, a nie podmiot prawa. Ale juryści przyznawali, że według prawa natury wszyscy ludzie są wolni, a niewola jest instytucją prawa narodów, czyli wytworem samego człowieka. Te filozoficzne rozważania w żaden sposób nie zmieniały jednak tego, że niewolnicy byli jednym z najbardziej powszechnie kupowanych towarów i – jak w przypadku każdego innego przedmiotu umowy kupna-sprzedaży – ich jakość mogła być różna. 

Prawo miało zagwarantować nabywcy pewien poziom bezpieczeństwa przy dokonywaniu transakcji. Służył temu, między innymi, nałożony na sprzedawcę obowiązek poinformowania kupca o podstawowych cechach towaru, w tym o jego wadach fizycznych. Sprawujący jurysdykcję na targowiskach w Rzymie urzędnicy – edylowie kurulni – wprowadzili w swoim edykcie wymóg uprzedzenia kupującego o ewentualnych chorobach lub ułomnościch niewolnika, o tym, czy ma on skłonność do ucieczek lub włóczęgostwa, a także o ciążącej na nim odpowiedzialności za delikty (przestępstwa prawa prywatnego, np. kradzież). W razie ujawnienia wady, którą zbywca przemilczał, mogło dojść do odstąpienia od umowy lub do obniżenia ceny. 

Wśród jurystów rozgorzała dyskusja na temat różnicy między chorobą a ułomnością. Zastananawiali się nad wieloma przypadkami: ślepców, kastratów, bezpłodnych kobiet czy chorych umysłowo. Ich uwagę przykuła też kwestia uzębienia sprzedawanych niewolników. 

Gell. 4,2,12:  „Servius uznał, że od kupna tego, któremu brakuję zęba, można odstąpić, Labeo natomiast sądził, że nie jest to powód odstąpienia:  «Wielu bowiem»  rzekł  «brakuje jakiegoś zęba i z tego powodu wcale ludzie nie są bardziej chorzy, a zupełnie absurdalnym byłoby twierdzić, że ludzie nie rodzą się zdrowi, ponieważ zęby nie pojawiają się u niemowląt od razu»”. 

Gellius w „Nocach Attyckich” przytoczył opinie dwóch wybitnych jurystów. Sabinus uznawał brak zęba za wadę i powód odstąpienia od umowy, Labeo – przeciwnie – uważał, że to nie choroba i podawał przykład bezzębnych niemowląt. Fantastyczne rozwinięcie tej myśli znajduje się w justyniańskich Digestach:  

D. 21,1,11 (Paul. 11 ad Sab.):  „Ten, komu brakuje zęba, nie jest chory: dużej bowiem części ludzi brakuje jakiegoś zęba i nie są z tego powodu chorzy: zwłaszcza dlatego, że, ponieważ rodzimy się bez zębów, nie jesteśmy z tego powodu mniej zdrowi, dopóki nie pojawią się zęby: w przeciwnym razie żaden starzec nie byłby zdrowy”. 

A zatem: zajrzyj, kupcze w zęby! Dentes, o emptor, inspice!