Samospełniająca się przepowiednia

Wróżbici byli postrzegani przez Rzymian jako szarlatani żerujący na łatwowierności ludzkiej. Wykorzystywali strach, grali na uczuciach. Oszustów demaskowały popularne dowcipy.

Philogelos 187 a: Zgryźliwy astrolog stawiał horoskop chorowitemu dziecku. Zapowiedział matce, że będzie bardzo długo żyło. Potem zażądał zapłaty. Matka mówi: – Przyjdź jutro, to ci zapłacę. – Jeszcze czego? A jak w nocy umrze, to stracę honorarium.  (przeł. J. Łanowski)

Mimo to wróżby, horoskopy i przepowiednie były bardzo popularne, bo dawały nadzieję. Ludzie wierzyli, że wiedza pomoże im uniknąć przeciwności losu. Byli też głodni poczucia bezpieczeństwa, nawet jeśli było ono ulotne i złudne. Czasami wróżby się sprawdzały. Ale dlaczego?

Marcjalis, Epigramy 9,82:

Powiedział ci, Munno, wróżbita, że szybko przepadniesz

I nie sądzę, by kłamał.

Ty bowiem, bojąc się, by nic nie zostawić po sobie,

Zmarnowałeś majątek ojcowski,

Dwa miliony strawiłeś w niecały rok.

Powiedz mi, Munno, czy to nie znaczy przepaść szybko?

Najgorzej uwierzyć. Wtedy człowiek sam zadba o to, żeby wróżba się spełniła. I nawet nie musi umrzeć ze strachu.

Czy dwie połówki zawsze dają jeden?

Różnica między pożyczką a użyczeniem jest oczywista tylko dla specjalistów. W języku potocznym te dwa kontrakty w zasadzie zlewają się w jeden i to wcale nie tylko współcześnie. Rzymianie mieli ten sam problem. Pożyczka (mutuum) była kontraktem realnym polegającym na przeniesieniu na własność pożyczkobiorcy określonej ilości pieniędzy lub innych rzeczy oznaczonych co do gatunku. Dłużnik w określonym terminie powinien zwrócić tyle samo rzeczy tego samego gatunku. W przypadku użyczenia (commodatum) natomiast komodatariusz otrzymywał w detencję rzecz oznaczoną indywidualnie i po upływie terminu miał oddać tę samą rzecz w stanie niepogorszonym.

Philogelos 127: Abderyta dłużny komuś osiołka, nie mogąc go oddać, prosił, aby zamiast niego przyjął dwa muły.

 995b82f3383a689dadef351b0432df76--rome-antique-art-antique

W przytoczonym dowcipie przedmiotem umowy był osioł, rzecz oznaczona co do tożsamości. Dłużnik chciał jednak zamiast niego oddać dwa muły. O co chodzi? Otóż muł to „pół-osioł” i tak to słowo brzmi po grecku. Komodatariusz postawił się zatem w pozycji pożyczkobiorcy i proponował wierzycielowi zwrot nie „tego samego” lecz „tyle samo”. Pół osła i pół osła to cały osioł…

Mieszkańcy Abdery uchodzili za głupich, co znajdowało odzwierciedlenie w licznych żartach. Reputacja Abderytów ucierpiała zapewne wskutek działań Demokryta, który wyśmiewał ludzką głupotę, podając jako przykład zachowania współobywateli. Dodatkowy element komiczny stanowi w przytoczonym dowcipie fakt, że cena osła mogła być ponad dwu-, a nawet czterokrotnie niższa niż cena muła. Oferując zatem aż dwa muły, komodatariusz narażał się na potężną stratę.

Mater semper certa est…

O ile tożsamość matki dziecka zwykle ustalić było łatwo (chociaż w świecie współczesnym i ta kwestia może rodzić wątpliwości), problematyczną od wieków kwestię stanowiło ojcostwo. Rzymianie poradzili sobie z tym, przyjmując fikcję prawną, która za ojca dziecka uznać kazała męża matki: pater est is, quem nuptiae demonstrant. Domniemanie to i w starożytności, i w prawie współczesnym zalicza się do praesumptiones iuris tantum, czyli domniemań wzruszalnych.

D. 1,6,6 (Ulpian w księdze dziewiątej Komentarza do Sabinusa): Synem określamy tego, który rodzi się z męża i żony. Ale – jeśli przyjmiemy, że męża nie było na przykład przez dziesięć lat, a kiedy wrócił, zastał w domu roczniaka – powinniśmy uznać opinię Iuliana, że nie jest on synem męża. Iulianus powiada jednak, że nie należy przyznać racji temu, kto, stale współżyjąc ze swoja żoną, nie chce uznać syna, jakby nie był on jego. Mnie natomiast wydaje się, co przyjmuje także Scaevola, że – jeśli wiadomo, iż mąż nie współżył z żoną z powodu choroby lub innej przyczyny, albo też pater familias cierpiał na taką przypadłość, iż nie mógł płodzić – ten, który urodził się w domu, nie jest synem, byleby tylko wiedzieli o tym sąsiedzi.

Według Ulpiana przeciwdowód mogła stanowić długa nieobecność męża lub jego bezpłodność. Małżonek mógł się też powołać na to, że z jakiegoś powodu z żoną przez długi czas nie współżył. Powinien jednak być w stanie jakoś to wykazać, na przykład przedstawiając zeznania świadków. Trzeba przyjąć, że istnienie trwałego pożycia między małżonkami w zasadzie uniemożliwiało obalenie domniemania ojcostwa, chyba że mąż wykazałby cudzołóstwo żony.

Philogelos 98: Napotkany znajomy mówi do mędrka: Cieszę się wraz z tobą, że urodził ci się syn.  Na to mędrek: To wy, przyjaciele, to sprawiliście.

Najwyraźniej dla niektórych domniemania były mało istotne…

May contain nuts

Uprawianie niektórych sportów oznaczało w starożytności konieczność przestrzegania obowiązujących reguł. Wiele dyscyplin wiązało się jednak oczywiście z dość dużą dawką przemocy. Jakieś remedium?

Philogelos 217: Tchórzliwy bokser napisał sobie na czole: „Miejsce zawierające organy życiowe”. Kiedy przeciwnik go tłukł bezlitośnie, powiedział do sędziego: „Czy on nie umie czytać i chce mnie zabić?”.

Tak… Etykiety nie są dla analfabetów.

Ty mojego, ja twojego… Jak (nie) zostać ojcobójcą

Jednym z najstraszliwszych przestępstw znanych Rzymianom było ojcobójstwo. Stosowany na jego okreslenie termin parricidium obejmował właściwie zabójstwo najbliższych krewnych: ojca, matki, dziadka, babci, rodzeństwa, a także patrona. Za popełnienie tej niewiarygodnej zbrodni groziła poena cullei - kara worka: winnego poddawano chłoście, a nastepnie zaszywano w skórzanym worze i wrzucano do rzeki lub morza. Za czasem w worze zaczęto dodatkowo umieszczać zwierzęta: psa, węża, małpę i koguta. 

Straszne. A strach, żeby go oswoić, warto wyśmiać… 

Philogelos 13 (tłum. J. Łanowski): 
Dwu mędrków uskarżało się przed sobą wzajemnie, że ich ojcowie tak długo żyją. Jeden powiada:
- Wiesz co? Uduśmy ich, każdy swojego!
- Uchowaj boże! – powiada drugi. – Jeszcze nas okrzyczą za ojcobójców. Za to, jeśli chcesz, ty wykończ mojego, a ja twojego.

 

Czy ten plan by zadziałał? Czy każdy z mędrków byłby winny zwykłego, niekwalifikowanego zabójstwa? Otóż nie! Przy parricidium liczył się bowiem zamiar - dolus malus. Skoro syn zaplanował zabicie ojca, to, nawet jeśli faktycznie morderstwa dokonał ktoś inny, powstałaby odpowiedzialnośc z tytułu parricidium (por. D. 48,9,1). Do worka!

 

Gaius spod strzechy

Małe addendum. Ad Kalendas Apriles. Philogelos solum 265 iocos continet :)

Czy Rzymianie, poza oczywiście elitarnym gronem jurystów, czytywali Instytucje Gaiusa? Dla wielu może to być zaskoczeniem, ale podręcznik ten trafił najwyraźniej pod strzechy. Dowód stanowić mogą dwa antyczne dowcipy zachowane w zbiorku Philogelos. Ta kolekcja żartów, jak przypuszczają niektórzy badacze, mogła być lekturą, po którą sięgano w sytuacjach codziennych, na przykład podczas wizyty u fryzjera.

– A o czym tam, panie, piszą? – O prawie, panie, o prawie… 

Philogelos 300: Mędrek przeczytał w Instytucjach Gaiusa, że upolowane zwierzę jest własnością myśliwego, dopóki ten faktycznie nim włada. Wybrał się na polowanie, podczas którego udało mu się ustrzelić jelenia. Ranione zwierzę uciekło niestety w las. Mędrek wysłał za nim niewolników, ci jednak wrócili po godzinie z informacją, że jelenia dobił i zabrał inny myśliwy. Na to mędrek: -Następnym razem przywiążę do strzały linę. 

Ten dowcip dotyczy nabycia własności przez zawłaszczenie (occupatio). Gaius opisywał je w księdze drugiej swojego dzieła (G. 2,66-69). Podał, że zawłaszczeniu podlega to, co się upoluje. Jeśli jednak utraci się nad zwierzęciem władztwo i powróci ono do stanu swobody (czyli zniknie z oczu lub, mimo że pozostaje w zasięgu wzroku, nie da się go doścignąć), ktoś inny ponownie może je zawłaszczyć (por. D. 41,1,3,2). Problem zwierzęcia zranionego przez jednego myśliwego i dobitego przez innego był dyskutowany przez jurystów. W Digestach zachował się fragment innego dzieła Gaiusa, Res cottidianae (D. 41,1,5,1), w którym jurysta przywołał pogląd Trebatiusa, zgodnie z którym samo zranienie zwierzęcia w sposób, który umożliwia pochwycenie go, prowadzi do nabycia własności, i tak długo, jak długo myśliwy ściga zdobycz, należy ona do niego. W dodatku ten, kto w takiej sytuacji złapie zwierzę dla zysku, popełni kradzież. Dopiero zaprzestanie pościgu uprawnia innych do dokonania zawłaszczenia. Sam Gaius przychylił się jednak do innej opinii, według której dopiero faktyczne pochwycenie zwierzęcia skutkuje nabyciem własności, ponieważ w międzyczasie może się zdarzyć coś, co uniemożliwi uczynienie tego. 

Philogelos 301: Przebywając w swojej wiejskiej posiadłości, mędrek studiował Instytucje Gaiusa. Kiedy przeczytał, że każdy może zawłaszczyć pszczoły, jeśli utracą nawyk powrotu do dotychczasowego właściciela, natychmiast pobiegł do pasieki i pozabijał deskami wszelkie otwory w ulach. 

Drugi dowcip także dotyczy zawłaszczenia. Gaius pisał o zwierzętach, które mają nawyk powrotu, takich jak pszczoły czy gołębie (G. 2,68). To, że odlatują, nie powoduje utraty własności. Dopiero kiedy wola powrotu (animus revertendi) ustanie, inna osoba może dokonać zawłaszczenia. W Res cottidianae Gaius uszczegółowił te rozważania (D. 41,1,5,2-4), pisząc, że natura pszczół jest dzika, a ich własność nabywa się, zamykając je w ulu. Każdy może też wejść w posiadanie miodu, chyba że w tym celu wkracza na cudzy grunt: wówczas właściciel może mu tego zakazać. Rój pszczół, który opuścił ul, pozostaje własnością dotychczasowego właściciela, dopóki jest w zasięgu wzroku i łatwo go dogonić, potem zaś każdy może go zawłaszczyć.

Vigilantibus iura sunt scripta.

Burza morska i testament

Podróż morska w starożytności zawsze wiązała się z ogromnym ryzykiem. Statkom zagrażały burze morskie, gwałtowne prądy, zdradliwe skały, piraci. Motyw burzy morskiej wszedł wraz z „Odyseją” do kanonu literatury, przetwarzany i imitowany przez wielu autorów. 

Ludzie lubią oswajać lęki. Jak? Śmiejąc się z nich. 

Philogelos 25: Mędrek płynął po morzu. Rozpętała się silna burza i niewolnicy jego zawodzili.     Nie płaczcie – powiada – wszystkich was w testamencie wyzwoliłem.  (tł. J. Łanowski)

wrak

Każda próba interpretacji psuje oczywiście dowcip, ale dla porządku trzeba odnotować, że nieszczęsny mędrek miał na myśli wyzwolenie testamentowe (manumissio testamentaria directa), które skutkowało uzyskaniem przez niewolnika wolności w chwili objęcia spadku przez dziedzica. Sapienti sat. 

O chłoście, korkach ulicznych i bezsenności

Jednym z podstawowych przywilejów obywateli rzymskich była możliwość odwołania się od decyzji urzędnika, który chciał ich ukarać śmiercią, grzywną bądź chłostą, do zgromadzenia ludowego – ius provocationis. Komicja działały wówczas jak sąd, wydając wyrok, na mocy którego kara mogła zostać utrzymana bądź uchylona. Z czasem sam okrzyk: „Jestem obywatelem rzymskim!”, wystarczał, aby powstrzymać wykonanie kary. Z tego uprawnienia skorzystał na przykład św. Paweł. Apostoł oznajmił mającemu go wychłostać centurionowi, że jest obywatelem, co go uratowało (Dzieje apostolskie 22,25-29). 

Provocatio ad populum przez długi czas stanowiła filar wolności. Ale czy urzędnik, którego władza była przez nią ograniczona, nie mógł czuć się sfrustrowany? 

Philogelos 138 (przeł. J. Łanowski): Centurion sydoński, kiedy zobaczył, że woźnica przejeżdża wozem przez agorę, kazał go wychłostać. A kiedy tamten oświadczył: „Jestem obywatelem rzymskim i wedle prawa nie wolno poddać mnie chłoście!” – centurion kazał wybatożyć woły. 

Cóż – woły z pewnością nie miały obywatelstwa… 

A na marginesie: dlaczego nie wolno było wjechać wozem na rynek? Ruch kołowy zaczęto ograniczać w Rzymie już w końcowym okresie republiki. Stosowne przepisy zawierała Tabula Heracleensis. Wprowadzała ona zakaz wjeżdżania powozem na drogi w Rzymie w miejscach na stałe zamieszkałych po wschodzie słońca i przed dziesiątą godziną dnia. Wozy mogły zatem poruszać się po ulicach jedynie nocą. Stopniowo wprowadzano podobne regulacje w miastach italskich, a następnie także w prowincjach. Z pewnością obowiązywały one także w Sydonie, który był rzymską kolonią od III wieku. 

Wozy mogły więc jeździć po mieście tylko nocą. Juwenalis (Satyra 3,232-238) narzekał w związku z tym, że najczęstszą przyczyną śmierci w Rzymie była… bezsenność. Koła toczące się po bruku, przeklinający woźnice, nocne korki – koszmar! 

All you can eat

Jedynym zachowanym zbiorem starożytnych dowcipów jest Philogelos, czyli Ten, który kocha śmiech, antologia 265 żartów datowana na IV-V wiek n.e., za autorów której uważa się Hieroclesa i Philagriusa. Często nazywa się go „czarną owcą” klasycznej spuścizny, ponieważ jest to tekst słaby i – w porównaniu z zaginionymi arcydziełami – wydaje się mało wartościowy.

Językiem Philogelosa jest greka, co natychmiast wywołuje podejrzenie o jego zupełny brak przydatności w badaniach nad prawem rzymskim. Nawet jeśli świat przedstawiony w zbiorku stwarza pozory zupełnej helleńskości, to jednak jest coś, co pozwala sądzić, że jest on w dużej mierze zromanizowany. Otóż w 212 roku n.e. na mocy słynnego edyktu Karakalli Constitutio Antoniniana prawie wszyscy wolni mieszkańcy Imperium Romanum otrzymali obywatelstwo rzymskie. Wiele dowcipów z Philogelosa ma za tło instytucje prawa prywatnego, szczególnie kontrakty.

Philogelos 225 (tłum. J. Łanowski): Głodomór przyszedł do piekarza i prosił, żeby mu wolno było za dwa denary zjeść tyle chleba, ile zechce. Piekarz myślał, że wystarczy mu jeden, wziął dwa denary, a tamten zaczął jeść. Rozpoczął od kosza i zjadł połowę na stojąco. Piekarz osłupiał i powiedział: - Siadaj i tak jedz! Odpowiedział mu: - Chleby z kosza chcę zjeść na stojąco, a siądę do tych na straganie.

piekarzOpisana sytuacja kojarzy się z popularnymi współcześnie ofertami restauracji typu „jesz, ile chcesz”. Należy jednak zbadać, czy taką umowę da się opisać według kryteriów stosowanych przez jurystów zajmujących się emptio-venditio. Do essentialia negotii omawianego kontraktu konsensualnego należało ustalenie ceny oraz towaru. W dowcipie cena została ustalona na dwa denary, towarem zaś jest chleb, czyli rzecz oznaczona co do gatunku. Gaius w komentarzu do edyktu prowincjonalnego pisał, że przy rzeczach, które można zważyć, policzyć, zmierzyć, jak zboże, wino, olej, srebro, czasami stosuje się te same zasady, co przy innych, żeby jednocześnie z porozumieniem co do ceny sprzedaż wydawała się dokonana, a czasami, żeby, chociaż zostało zawarte porozumienie co do ceny, jednak sprzedaż nie będzie się wydawała dokonana, zanim nie zostaną policzone, zważone, zmierzone. Możliwe były zatem dwa rozwiązania, w zależności od tego, czy wystarczyło ustalenie ceny, czy też potrzebne był policzenie, zważenie lub zmierzenie towaru. W omawianym przypadku mamy, jak się wydaje, do czynienia z wariantem pierwszym. Strony ustaliły cenę, która od razu została uiszczona i wówczas dopiero – po zawarciu umowy i spełnieniu świadczenia przez kupującego – nabywca miał odebrać towar. Pojawia się jednak pytanie, czy określenie ilości towaru jako „tyle, ile zechce zjeść” było w ogóle ważne.

Juryści rzymscy prowadzili dość skomplikowane rozważania na temat sposobów określenia ceny. Uznawano na przykład, że umowa sprzedaży za „tyle, ile jest w sakiewce” jest prawidłowa, ponieważ cenę ustalono, nawet, jeśli sama kwota nie była chwilowo znana. Przy sprzedaży rzeczy quae pondere numero mensurave constant można zastosować rozumowanie analogiczne. Otóż strony w kontrakcie zawartym w omawianym dowcipie nie wiedziały dokładnie, ile chleba jest przedmiotem sprzedaży, ale była to ilość określona. Po pierwsze był to chleb znajdujący się w piekarni, po drugie, taka jego ilość, jaką nabywca był w stanie zjeść, dodajmy, że na miejscu, na raz i w określonym czasie, czyli najpóźniej do zamknięcia sklepu. Można zatem stwierdzić, że tak zawarta umowa mieści się jak najbardziej w ramach rzymskiej emptio-venditio.

Pozostaje jeszcze pytanie, na ile omawiany dowcip miał odbicie w praktyce. Otóż Philogelos zawiera jeszcze jeden podobny żart, gdzie głodomór, zawarłszy podobną umowę z właścicielem sadu, pochłania figi. Wydaje się zatem, że taka konstrukcja prawna musiała być znana czytelnikom. Nie znaczy to oczywiście, że w starożytności stosowano ofertę typu „all you can eat”. Można natomiast przypuszczać, że, szczególnie w warunkach wiejskich, zdarzało się, że podróżni zatrzymywali się u przygodnego gospodarza i płacili mu cenę w zamian za możliwość najedzenia się w jego sadzie. Podobnie rzecz się mogła mieć w przypadku piekarni. To, że juryści nie zajęli się, przynajmniej w zachowanym materiale, takim przypadkiem, może jedynie świadczyć o tym, że tak zawarty kontrakt nie wzbudził ich zainteresowania.